Profilaktyka dzieciozy

Dziecioza to choroba dwubiegunowa przenoszona drogą płciową. Charakterystyczne dla niej są wahania nastrojów - od infantylnego ciumkania o brzusiu i fasolce po narzekanie, że wraz z narodzinami dziecka kończy się szczęśliwe życie. Niekiedy dominują okresy trajkotania o słodkim bobasku, niekiedy obnoszenia się swoim poświęceniem dla niewdzięcznego bachora.

Wpisy

  • wtorek, 30 kwietnia 2013
  • czwartek, 14 lutego 2013
    • Walentynkowe ZUSowe love

      Może zamiast wymyślania rzeczy typu wyższa emerytura dla osób wychowujących dzieci, ZUS zacząłby od usprawnienia wypłacania zasiłków macierzyńskich? Urodziłam w grudniu, a pieniądze będą pewnie od marca, cudownie. A gdybym była samotną matką bez oszczędności, to co bym przez ten czas jadła? Tynk?

      W teorii decyzja o wypłacie zasiłku ma trwać 30 dni. To i tak długo, zwłaszcza, że można się zwrócić o zasiłek dopiero, jak ma się akt urodzenia dziecka, czyli przecież nie od razu na drugi dzień po porodzie. W praktyce trwa jeszcze dłużej. A to panie z ZUS nie wiedzą, czy wszystko jest OK, bo czasami miałam wypłaty większe, czasami mniejsze - halo, nie słyszały o pracy na umowach-zleceniach? A to po 3 tygodniach stwierdzają, że nie mają mojego numeru dowodu osobistego, a jest konieczny. Przejrzeć papiery od razu i dopytać o to, czego ich zdaniem brakuje, byłoby za trudno. A to po miesiącu decydują, że nie wypłacą, dopóki nie doślę kopii podania do pracodawcy o udzielenie urlopu macierzyńskiego... nieważne, że z przepisów wynika, że osobie na umowie-zleceniu przysługuje zasiłek macierzyński, ale nie urlop, więc takie podanie jest bez sensu! Papierek musi być. Przesłany faksem. Nie, skan mailem odpada. Pani nie obsługuje maila. Aaa. Zatem, ZUSie, mam do Ciebie tzw. stosunek seksualny.

       

      Zwykła nieudolność czy przykaz z góry by kasa jak najdłużej leżała na koncie ZUS?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Walentynkowe ZUSowe love”
      Tagi:
      Autor(ka):
      baba-84
      Czas publikacji:
      czwartek, 14 lutego 2013 10:39
  • wtorek, 08 stycznia 2013
  • sobota, 17 listopada 2012
    • Urodziny

      Ojacie, dzisiaj mija dokładnie rok, odkąd założyliśmy bloga. Ale to szybko zleciało! Gdybyśmy od razu zaciążyli, to nasze dziecko byłoby już na świecie. No niby teraz już jest na świecie, ale to ciągle takie nie do końca rzeczywiste. Czy można tęsknić za kimś, z kim się jest tak blisko jak to tylko możliwe? To chyba trochę bez sensu, ale tak się właśnie czuję.

      Jak na razie w fazie ciążowej udało nam się chyba uniknąć dzieciozy i nie przeginamy w żadną stronę: ani nie spodziewamy się samych słodkości, ani nie szykujemy się na nadchodzącą katastrofę. Na pewno niejedno nas zaskoczy, ale chyba mniej więcej wiemy w co się pakujemy... Tymczasem do godziny zero zostało tylko półtora miesiąca!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (17) Pokaż komentarze do wpisu „Urodziny”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      baba-84
      Czas publikacji:
      sobota, 17 listopada 2012 21:23
  • wtorek, 13 listopada 2012
    • 11 pytań do...

      Zostałam zaproszona do zabawy przez Agę z bloga Codzienności smak. Należy odpowiedzieć na 11 pytań zadanych przez osobę zapraszającą i zadać 11 pytań kolejnym 11 blogerom/blogerkom. Zazwyczaj nie biorę udziału w takich zabawach, ale co mi tam, może ktoś mi odpowie na moje głupie pytania. Zwłaszcza, że jednak podarowałam sobie klasyk „czy wolałabyś nie mieć ręki czy nogi?” ;-)

       

      Oto moje odpowiedzi:

      1. Narty czy snowboard? - Ani to, ani to. Ze sportów wolę spacer lub jogę. :P
      2. Hotel czy namiot? - Zdecydowanie hotel!
      3. Chłopiec czy dziewczynka? - Dziewczynka, a jakże. ;-)
      4. Kawa czy herbata? - Tylko herbata.
      5. Piwo jasne czy ciemne? - Ani jedno, ani drugie. Lepiej wino lub drink.
      6. Impreza do rana czy sen? - Hm, zależy kiedy. Ostatnio raczej sen, ale tęsknię za pierwszą opcją.
      7. Kot czy pies? - Kot, psy śmierdzą, pierdzą i się paskudnie ślinią.
      8. Wieczór w towarzystwie czy w samotności? - W towarzystwie.
      9. Nikon czy canon? - Canon.
      10. Na górze czy na dole? - Na boku. :P
      11. Kiszone czy konserwowe? - Zdecydowanie kiszone!

       

      Do zabawy zapraszam autorki blogów:

      arvata.blox.pl

      eeecotojachcialam.blogspot.com

      kryzyswiekuredniego.blox.pl

      projektjunior.wordpress.com

      zuzanka.blogitko.pl

      matkasanepid.blox.pl

       

      Wyszło mniej niż 11, cóż. A oto i moje pytania:

       

      1. Kąpiel czy prysznic?
      2. Porady z „Make life easier” czy z „Make life harder”?
      3. Kaszel czy katar?
      4. Podpaska czy tampon?
      5. Kalendarz książkowy czy Google Calendar?
      6. Facet z włosami na klacie czy wydepilowany?
      7. Prywatnie: skype czy mail?
      8. Komputer stacjonarny czy laptop?
      9. Zgaga czy wzdęcie?
      10. Rzucanie talerzami czy ciche dni?
      11. Marta Gessler czy Magda Gessler?

       

      Nie obrażę się, jeśli nie odpowiecie. ;-)

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (10) Pokaż komentarze do wpisu „11 pytań do...”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      baba-84
      Czas publikacji:
      wtorek, 13 listopada 2012 11:30
  • sobota, 10 listopada 2012
  • wtorek, 30 października 2012
    • Październik

      No i minął kolejny miesiąc. Nie wiem jak, nie wiem kiedy, bo po tych dwóch tygodniach wyjętych z życia jeszcze się nie wygrzebałam ze wszystkich zaległości zawodowych i naukowych. Ile bym nie robiła i tak nie widać końca. Do tego kupa kasy poszła od czasu wyjścia ze szpitala na badania – żeby prywatnie sprawdzić to, czego tam nie sprawdzili dokładnie i doprowadzić do końca różne sprawy (szczegóły pominę). Skserowana po trzech tygodniach przez szpital dokumentacja zawierała bowiem takie ciekawe wyniki badań jak np. „materiał niediagnostyczny – konieczne ponowne pobranie”. To sobie pobrałam, za 60 zł (nie patrzcie na ten licznik po prawej już, dawno straciliśmy rachubę…) To jednak nie jedyne niespodzianki z dokumentacji. Najciekawsza jest lektura „Historii pielęgnowania” wypełnianej przez położne. Okazuje się, że prawie codziennie przejawiałam lęki lub niepokój o stan ciąży, a położne wówczas stosowały „rozmowy edukacyjne” i „wsparcie emocjonalne”. Tak, jasne… Wszystko wyssane z palca. Tylko jedna rzecz się zgadza. Wspominałam już, jak jedna położna napuściła na nas lekarza, który przyszedł z awanturą i trzaskał drzwiami? To jest w karcie opisane jako „umożliwienie kontaktu z lekarzem”. Boki zrywać.

      Do tego walczę z wieczną zgagą i dopada mnie jakiś jesienny dół. Kto wymyślił zmianę czasu?

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Październik”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      baba-84
      Czas publikacji:
      wtorek, 30 października 2012 20:58
  • niedziela, 30 września 2012
    • Dwa tygodnie w szpitalu

      15go września trafiłam na izbę przyjęć z silnym kłuciem w podbrzuszu. Zatrzymano mnie „do rana" na obserwacji z podejrzeniem zapalenia wyrostka informując mimochodem, że jeśli diagnoza się potwierdzi, to pewnie stracę ciążę. Obserwacja do rana przerodziła się w dwutygodniowy pobyt, a wyrostek okazał się zapaleniem nerek. O czym dowiedziałam się przypadkiem, bo przecież lekarz nie przyjdzie do pacjentki i nie uspokoi od razu, że gorsza opcja została wykluczona.

      Leczenie zapalenia kontynuuję w domu. Nie wiem tylko co z leczeniem psychiki nadwyrężonej tym pobytem. Dwa tygodnie w otoczeniu różnych okołociążowych problemów pozbawiły mnie luzu w podejściu do ciąży. Jak tylko coś mnie zaboli widzę czarne scenariusze. A żeby nie zwariować czekając na diagnozę i słysząc teksty w stylu „w razie konieczności zabiegu ciążą nikt się nie będzie przejmował" zdystansowałam się emocjonalnie od Ludzika. Jakoś przestałam do niego mówić, kłaść tak często rękę na brzuchu. Po pierwsze nie chciałam się rozklejać. Po drugie nie chciałam epatować tą ciążą przy dziewczynach z o wiele poważniejszymi problemami, które ciążę straciły.

      Pewnie psychicznie czułabym się teraz lepiej, gdyby personel szpitala nie pogarszał sprawy. Frustrujący był ten pobyt. Nie jestem przyzwyczajona do tego, że lekarz robi mi badanie i nie informuje o jego wynikach, tylko wszystko trafia do karty, do której nie mogę zajrzeć. Mogę oczywiście zapytać podczas obchodu i przy odrobinie szczęścia uzyskać odpowiedź. Jeśli akurat na obchodzie jest ordynator, bo bez niego oddział pogrąża się w letargu i czeka na decyzje.

       

      Na sali krzyż i Biblia...

      szpital 3

      ... na korytarzu wzniosłe hasła...

      szpital

      ...a traktowanie pacjentek takie, że ręce opadają. Mówienie na ty, traktowanie jak małych dzieci. Dlaczego mąż może załatwić i dowiedzieć się więcej niż sama zainteresowana? Prawo właściciela inkubatora? Lekarze się oczywiście nie przedstawiają z imienia i nazwiska. Nie dziwię się. Dzięki temu trudniej napisać skargę, kiedy trafi się jeden wyjątkowy cham, który na uwagę, że nie udziela informacji, odpowiada: „Nie podoba się?! To może pani stąd wyjść choćby przez okno!" i opuszcza salę trzaskając drzwiami. Należy stosować się do wszystkiego bez szemrania i o nic nie pytać. Ale jak tu nie pytać, gdy na przykład kilka razy zauważa się pomyłki w dawkowaniu leków?

      Wspomniany lekarz do pacjentki w trakcie poronienia potrafi powiedzieć: „tylko bez krzyków, to jak wypchnięcie tamponu, jak pani tu skończy, to weźmiemy na łyżeczkowanie, a pościel się zmieni". Tak, nadal piszę o tym szpitalu pełnym krzyży w kraju tak dbającym o świętość życia. Poronienie odbywa się na sali przy innych pacjentkach. Z kolei już po łyżeczkowaniu budzącą się dopiero z narkozy kobietę zaleca się kłaść gdzie indziej, do obcych ludzi, bo nie należy łączyć ciężarnych i pacjentek po stracie. Tak mówi Procedura. A strata jak wiadomo zaczyna się po łyżeczkowaniu. Bezsensowne procedury zastąpiły myślenie i empatię.

       

      Szpital się rozbudowuje, "ku uciesze" źle opłacanego skarżącego się personelu powstaje piętro dla dyrekcji, a nie ma pieniędzy na najprostsze sposoby zapewnienia odrobiny intymności pacjentkom. Ile kosztowałyby zasłonki między łóżkami? Na oddziale nie było ani jednego parawanu, który można by wykorzystać, gdy ktoś z rodziny przychodzi umyć leżącą pacjentkę.

      Podziwiam ciężarne, które kilka miesięcy leżą w szpitalu w takich warunkach załatwiając się na kilkuosobowej sali nie mając nawet zasłonki, musząc prosić o podanie basenu czy miski do umycia się. A salowa potrafi podać miskę ze słowami: „dupa blada, podam pani, chociaż wcale nie muszę". Bo wg niej jest to obowiązek pielęgniarki. A według pielęgniarki to obowiązek salowej, rodziny (sic!) lub opiekunki – owszem, osoby uprzejmej i chętnej do pomocy, która jednakże pracuje tylko w dni powszednie do godz. 19. Po 19 i w weekendy mycie nie przysługuje.

      Oj, napatrzyłam się przez te dwa tygodnie na różne sytuacje... Boli cię przy wenflonie? A może nosisz go już czwarty dzień? I co z tego, że normy każą zmieniać wenflon co trzy doby?! Przez lata się zmieniało rzadziej i było dobrze! Poza tym wenflon kosztuje 15 złotych i nie można go zmieniać na każde widzimisię pacjentki! Co z tego, że ta pacjentka właśnie się dowiedziała, że straci ciążę i można by jej iść na rękę w tak błahej sprawie, prawda?

      O takich pierdołach jak cztery łóżka na sali zaprojektowanej jako trzyosobowa, co super "ułatwiało" odwiedziny, korzystanie z basenu i zabiegi pielęgnacyjne wokół osób leżących, to nawet nie chce mi się rozpisywać...

      szpital 4

       

      Taaak, na oddziale był klimat jak z Monty Pythona. I nie chodzi tu tylko o wszechobecną mielonkę z mielonką, mielonką i mielonką serwowaną na śniadania i kolacje w różnych formach, także w formie sugerującej tzw. przegląd tygodnia...

      szpital 2

      (Widoczną na zdjęciu sałatkę zapewniłam sobie oczywiście we własnym zakresie zgodnie z hasłem „to powinna robić rodzina". )

      Chodzi o to, że czasem tylko czarny humor pozwalał poradzić sobie z sytuacjami, które jak się okazuje są powszechne w Polsce w XXI wieku. Cóż, każdy znajdował odpowiednie dla siebie ujście frustracji, niektórzy wyżywali się twórczo:

      szpital 6

       

      Coraz bardziej przekonuję się do porodu w prywatnym szpitalu, bo nie wyobrażam sobie, żeby narazić się na tego rodzaju traktowanie w jednym z najważniejszych dni mojego życia. I żebym z takim samym trudem musiała wyszarpywać informacje o zdrowiu noworodka.

      szpital 5

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (15) Pokaż komentarze do wpisu „Dwa tygodnie w szpitalu”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      baba-84
      Czas publikacji:
      niedziela, 30 września 2012 23:10
  • niedziela, 09 września 2012
    • Wokół prywatnych frustracji Waloch i Mikołejki

      Wiem, miałam o tym nie pisać. Myślałam, że sprawa umrze śmiercią naturalną. Pewnych afer nie należy moim zdaniem podsycać, na niektóre wypowiedzi należałoby spuścić zasłonę milczenia, aby nie zachęcać ich autorów do dalszego toczenia piany. Tego właśnie oczekiwałabym od mediów, zamiast cytowania wypowiedzi Korwin-Mikkego o niepełnosprawnych sportowcach czy robienia z Mikołejki autorytetu od tożsamości polskich kobiet. Tak, dobrze widzicie, od tożsamości polskich kobiet, tak właśnie Gazeta Wyborcza na drugiej stronie weekendowego numeru reklamuje teraz tę całą debatę. I to właśnie sformułowanie przy tekście Natalii Waloch z redakcji „Wysokich Obcasów Extra" sprawiło, że nie mogę siedzieć cicho. Cóż to bowiem za niebywała przesada!

      Chcecie prowadzić debatę o tożsamości polskich kobiet, to zorganizujcie to na poziomie – zaproście do rozmowy ekspertki i ekspertów, matki i ojców. Nie pozwólcie obrażać grupy, o której to tożsamość toczy się rzekomo spór na łamach Gazety. Bo na razie to naprawdę tylko sztucznie podsycana afera, w której zamiast rzeczowymi argumentami operuje się stereotypami i obraźliwymi tekstami. I nawet nie chodzi mi tu o tekst Mikołejki. Felieton ma prawo być subiektywny, przesadzony, złośliwy. Taką formę artykułu można było jeszcze uznać za pewną kreację. Problem zaczął się na antenie Tok FM, kiedy okazało się, że to bynajmniej nie była kreacja, bo Mikołejko dokładnie w tym tonie rozmawia z dr Elżbietą Korolczuk – przerywa, bagatelizuje fakty płynące z badań, wywyższa się, grozi („...bo przyłożę") i obraźliwie wypowiada się o matkach (chociażby chamska wypowiedź o jego kocicy, która dla wielu dzieci byłaby rzekomo lepszą matką). W tym momencie uznałam, że nie warto karmić trolla, bo poważnej debaty z tego nie będzie. I najwyraźniej miałam rację, polemika Aleksandry Szyłło przyczyniła się jedynie do publikowania kolejnych obraźliwych tekstów Mikołejki (z określeniami typu „dwudziestoparoletnia pannica z rozwydrzonym dzieciakiem")

       

      Natalia Waloch pisze:

      "Na zarzut Mikołejki, że kobiety na macierzyńskim przestają się intelektualnie rozwijać, padają argumenty: nie można się rozwijać w kraju, gdzie brak miejsc w żłobkach, a krawężniki są za wysokie dla wózków. (...) Przedszkola, krawężniki, rynek pracy - wszystko prawda, nasze państwo nie prowadzi żadnej polityki prorodzinnej. Czy to jednak wina profesora Mikołejki? Wylewanie na niego frustracji za zaniedbania kolejnych rządów jest dziecinne i nieuprawnione.Tak jak nieuprawnione jest panoszenie się matki, która trąca mnie wózkiem w sklepie odzieżowym, jakby macierzyństwo i związany z nim trud upoważniały ją do jak najszybszego doskoczenia do upatrzonej bluzki."

      A wylewanie frustracji na matki oparte kilku sytuacjach doświadczonych przez Mikołejkę i Waloch nie jest dziecinne i nieuprawnione? Zastanawiam się, jak mało trzeba mieć dystansu do siebie i jak dużo złej woli, żeby z incydentu potrącenia wózkiem dziecięcym budować sobie wizję osaczenia przez roszczeniowe matki.

      Zadajmy sobie też pytanie, czy rzeczywiście infrastruktura nie ma związku z zachowaniem matek? Jak łatwo jest manewrować wózkiem dziecięcym w sklepie? Do ilu sklepów można w ogóle wjechac wózkiem? Do niektórych nie można, zabraniają tego na przykład niektóre sklepy z artykułami dla dzieci Smyk (sic!). Co tu się więc dziwić matce, która znalazła wreszcie moment na zakupy dla siebie i wyszukała sobie sklep, w którym wózki nie są niemile widziane, że chce szybko doskoczyć do upatrzonej przez siebie bluzki?

      Inny przykład – gdyby wokół było więcej zacisznych miejsc do karmienia piersią lub gdyby matki karmiące piersią publicznie były akceptowane przez otoczenie (a nie osaczane ciekawskimi spojrzeniami czy obdarzane złośliwymi komentarzami), to czy nie slyszelibyśmy rzadziej drażniącego dla niektórych płaczu głodnych niemowlaków, z którymi matki właśnie szybko wracają do domu albo w popłochu szukają ustronnego miejsca do karmienia?

      Związek zaprojektowania przestrzeni miejskiej z odczuwaną przez otoczenie uciążliwością przebywających w niej dzieci jest ogromny.

       

       

      Waloch w tekście z ostatniej Wyborczej nie ma niczego ciekawego do powiedzenia. Jej tekst to zbiór wspomnianych już prywatnych doświadczeń, anegdotycznych „relacji znajomych" i chaotycznych zarzutów. A oto i przykład kompletnego pomieszanie porządków. Waloch pisze:

      "Roszczeniowi są wśród nauczycieli, górników, urzędników, więc niby dlaczego nie miałoby być takich matek? (...) Bo ratuje naszą opłakaną sytuację demograficzną i podupadające wartości rodzinne? Bzdura! W życiu nie słyszałam o kobiecie, która zaszła w ciążę, żeby ratować polski system emerytalny."

      Z faktu, że decydując się na dzieci ratuje się sytuację demograficzną nie wynika bynajmniej, że ratowanie jest powodem zajścia w ciążę. Byłoby doprawdy bardzo dziwne, a wręcz patologiczne, gdyby dla kogoś takim powodem było, więc nie rozumiem skąd to zdziwienie i oburzenie. Jak widać kiedy brakuje argumentów, wali się na oślep.

       

      Ja całą sprawę widzę tak: Mikołejko irytuje się hałasującymi dziećmi, Waloch wkurzyła się, że w sklepie najechał na nią dziecięcy wózek. Komu z nas nie zdarzyło się zirytować w takiej sytuacji? Jednak od takiej irytacji daleka droga do radykalnych rozwiązań i wyciągania zbiorowej odpowiedzialności. Jakie radykalne rozwiązania mam na myśli? Wyraźnie widać to w radiowej wypowiedzi Mikołejki, według którego matki powinny chodzić z dziećmi w „odpowiednie miejsca", tj. do „nieodległego ogródka jordanowskiego". I wszystko jasne, matki z dziećmi niech cicho siedzą w domu, ewentualnie mogą korzystać ze ściśle wyznaczonych stref, w których nie przeszkadzają tzw. normalnym obywatelom.

      Ani Waloch, ani Mikołejko nie widzą najwyraźniej, że ich oczekiwania wobec matek są sprzeczne. Z jednej strony utyskują, że kobiety mające dzieci nie rozwijają się intelektualnie i nie uczestniczą w życiu społecznym (wg Mikołejki macierzyństwo gwarantuje im „prawo do niebycia społecznego"). Z drugiej strony narzekają na przeszkadzające im wrzeszczące dzieci, „panoszące się matki" i tarasujące przestrzeń wózki. Moi drodzy, albo – albo. Jak być aktywnym w społeczeństwie i rozwijać się intelektualnie, kiedy jest się spychanym z dzieckiem do sfery prywatnej?

      Owszem, mi też się zdarza zirytować wrzaskiem dziecka w restauracji etc. Ale wyciągam z tego wnioski przeciwne do wniosków Waloch i Mikołejki. Uważam, że rodzice powinni wychodzić z dziećmi właśnie częściej, a nie rzadziej. Za granicą niejednokrotnie widziałam małe dzieci towarzyszące rodzicom w restauracjach, na spotkaniach, na konferencjach. Nie wrzeszczały, nie niszczyły wszystkiego wokół. Dlaczego? Może dlatego, że od małego przyzwyczaja się je do bycia wśród ludzi? Że jest tam infrastruktura, która umożliwia zabieranie dzieci prawie wszędzie od pierwszych chwil ich życia? Inaczej niż w Polsce, gdzie wiele dzieci z powodu braku dostępu do opieki instytucjonalnej wychowywanych jest przez babcie stawiające je w centrum, a rodzicom w restauracji towarzyszą od wielkiego święta. Skąd dziecko ma wiedzieć, że tu nagle nie jest w centrum wszechświata? Rodzice powinni uczyć dziecko, że są sytuacje w których można wrzeszczeć, a są takie, gdzie należy też myśleć o innych. Nie mówię tu o naturalnych zachowaniach małych dzieci, tylko o sytuacjach, w których dziecko kilkuletnie np. kopie fotel pasażera siedzącego przed nim, a rodzice nie reagują, chociaż dziecko jest już w wieku, w którym pewne kwestie można mu wytłumaczyć. I o to dbajmy i apelujmy, ale bez dorabiania do całej sprawy ideologii. Bo ciekawe, czy Mikołejko i Waloch z faktu, że zirytowała ich osoba starsza czy najechała ich wózkiem osoba niepełnosprawna, też wyciągną wniosek, że osoby te są roszczeniowe i powinny cicho siedzieć w domu? A jeśli wkurzy ich zdrowa osoba dorosła? Cóż, może w ogóle nikt nie powinien korzystać z przestrzeni miejskiej, będzie wtedy ona dostępna jedynie dla tak światłych jednostek jak Waloch i Mikołejko, który mówi o polskich matkach jako o agresywnej i roszczeniowej grupie społecznej. Ja uważam, że są wręcz zadziwiająco mało roszczeniowe i agresywne jak na warunki, w którym przyszło im wychowywać dzieci.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (22) Pokaż komentarze do wpisu „Wokół prywatnych frustracji Waloch i Mikołejki”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      baba-84
      Czas publikacji:
      niedziela, 09 września 2012 17:24
  • środa, 05 września 2012
    • M jak miernota

      Kolejny raz Agora sztucznie rozkręca aferę, zaczynam się już głupio czuć mając tu bloga. Tym razem skandal zapoczątkował Mikołejko swoim obraźliwym felietonem na temat matek w „Wysokich Obcasach Extra”. Powiem szczerze, że nawet nie chce mi się tego wszystkiego cytować ani linkować. Wkurza mnie traktowanie kobiet jako narzędzia do robienia sensacji i zwiększania liczby odsłon na wiadomym portalu. Co to niby za debata, skoro tak naprawdę wszystko zostaje w rodzinie Agory, która najpierw w jednym medium obraża daną grupę, a potem w drugim się za nią „ujmuje”. Najpierw „Wysokie Obcasy Extra” publikują wynurzenia tego pana. Później TOK FM zaprasza go do studia, żeby skonfrontował się z feministką. Wiadomo, pokłócą się, będzie ciekawie. Dr Elżbieta Korolczuk starała się jak mogła zachować spokój przy tekstach profesora typu „moja kocica byłaby dla tych dzieci lepszą matką niż te panienki” (nie mogłam się powstrzymać, ale więcej cytatów już serio nie będzie, kto chce, niech sobie nagranie tej podnoszącej ciśnienie audycji wygugla), ale nie wiem, czy nie lepiej by było po prostu bojkotować takie zaproszenia i nie przyczyniać się do dalszego rozsiewania poglądów takich panów. Gdzie jest poziom, na którym już nie warto podejmować rozmowy? W moim odczuciu wczoraj w TOK FM granica została przekroczona. Kolejnego dnia gazeta.pl na stronie głównej rozdmuchuje aferę w stylu: „ojej, ojej, jak chamsko Mikołejko napisał (w naszym własnym magazynie) i się wypowiedział (w naszym własnym radiu), to okropne, co na to matki, oddajmy głos oburzonym”. Po czym publikują różne felietony i linkują blogi oburzonych kobiet – matek, feministek, które kolejny raz streszczają poglądy pana M. podnosząc tym samym ciśnienie sobie i innym, narażając się na chamskie komentarze internautów i dając im pole do rozpowszechniania antykobiecych stereotypów. Nie oszukujmy się, prawdziwej debaty o realiach bycia matką w Polsce z tego nie będzie. Ale wiadomo, wkurzone kobiety linkują, klikalność rośnie i o to chodzi. Jakoś w święte oburzenie Gazety nie wierzę, skoro najpierw całą sprawę rozkręcili. A reklamują się hasłem „nam nie jest wszystko jedno”… bez komentarza. Nie chce mi się brać w tym udziału. Kobiety to jak zawsze łatwy target takich akcji.  

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „M jak miernota”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      baba-84
      Czas publikacji:
      środa, 05 września 2012 19:18

Autorzy

Kanał informacyjny

Lilypie First Birthday tickers