Dziecioza to choroba dwubiegunowa przenoszona drogą płciową. Charakterystyczne dla niej są wahania nastrojów - od infantylnego ciumkania o brzusiu i fasolce po narzekanie, że wraz z narodzinami dziecka kończy się szczęśliwe życie. Niekiedy dominują okresy trajkotania o słodkim bobasku, niekiedy obnoszenia się swoim poświęceniem dla niewdzięcznego bachora.
Wpisy
Stało się. Zaczęły mnie drażnić dzieci. Zawsze uważałam je za słodkie, urocze, zabawne, a teraz mnie irytują. Niemowlaki nie. Raczej takie kilkuletnie. A mniej więcej dziesięciolatki to już wybitnie. Nie wiem czy ma to związek z tym, że pod balkonem mam plac zabaw, a zaczął się już czas, w którym można by było zjeść w weekend spokojnie śniadanie na balkonie. Przeszkadzają w tym jednak wrzaski. Nie maluchów, tylko starszaków znajdujących upodobanie w krzyczeniu „pokaż dupę” albo „siki, siki, siki”, ewentualnie „pierdzisz do słoika, pierdzisz do słoika”. Ja naprawdę rozumiem, że dzieci muszą gdzieś się bawić i kupując mieszkanie wiedziałam, co będzie pod oknami. Nie piszę o tym zjadliwie na osiedlowym forum jak co niektórzy sąsiedzi. Nie zmienia to faktu, że ostatnio mnie ta sytuacja irytuje. Cóż, zawsze mogę sobie spokojnie posiedzieć na balkonie przed południem w tygodniu, kiedy dzieci są w szkole. Może więc tak naprawdę drażni mnie co innego. Może to przymusowe obserwowanie matek siedzących wokół placu zabaw, zachwyconych własnym potomstwem, prowokujące myśli o tym, jak uniknąć dołączenia do tej dziwnej grupy. Matek szczebioczących i kompulsywnie podbiegających co chwilę do spokojnie bawiących się maluchów. Matek spędzających pół dnia na placu zabaw w towarzystwie wyłącznie innych matek, bo przecież nie ojców. Matek nie reagujących jak ich rozkoszni synkowie wyzywają czy kopią inne dzieci. Polski wychów. Jaki on silny i zaradny! Jak wychować normalnego chłopca w takim otoczeniu? A może tak naprawdę chodzi o uświadomienie sobie nieuchronności bycia rodzicem drażniącego pyskatego dziesięciolatka, a potem nastolatka? Jakoś łatwiej wyobrazić sobie siebie jako rodzica niemowlaka.
Arvata stwierdziła ostatnio, że nie ma dobrej książki o ciąży. Pomyślałam, że może niepotrzebnie po poradniki sięgam. Przypomniałam sobie o "Polce" Gretkowskiej. Kiedyś czytałam i mi się podobało. Teraz jednak zupełnie mi to nie wchodzi. Feng shui, reinkarnacje, Tybety, srety, pokrewieństwo dusz i szamani z Islandii. Ratunku. To mi tylko nasila mdłości, które już i tak mi żyć nie dają. Mam do wyboru dwie opcje: albo jem śniadanie, wymiotuję i siadam rano do pracy albo jem tylko wtedy kiedy mogę, czyli około godz. 15-16 i do pracy siadam po południu, bo wcześniej mi słabo z głodu. Ostatnio wygrywa opcja druga. Trochę przyjemniejsza, niestety z niczym się nie wyrabiam w ten sposób.
Dziad przeżywa po swojemu. Ma już chyba syndrom wicia gniazda, bo wspominał coś o ustawianiu książek alfabetycznie... Zastanawiamy się ostatnio jak się urządzić w naszym za małym mieszkaniu, gdy w końcu trzeba będzie dać własny pokój dziecku. Oboje zazwyczaj pracujemy w domu, a nie tak łatwo zrezygnować z osobnego pokoju do pracy. Wydawało mi się, że wpadłam na sensowny pomysł rozwiązania tego problemu. Ale po namyśle stwierdzam, że jest on chyba zbyt utopijny. Hm.
Śniło mi się, że urodziłam w piątym miesiącu bardzo ładnego chłopca. Dostał 3 punkty w skali Apgar i gdzieś go zabrali. Szukałam go biegając w koszuli nocnej po całym szpitalu. Okazało się, że Dziad ukrył go przede mną w jakiejś kanciapie. Chłopiec już mówił, czytał w łóżeczku "Przekrój" i chciał jechać sam na wakacje. Nie chciałam się zgodzić, w końcu był jeszcze noworodkiem, w dodatku wcześniakiem. Dziad stwierdził, że jestem nadopiekuńcza i musi chronić przede mną dziecko.
Termin - 1 stycznia 2013. :-) Tyle razy mówiłam Dziadowi, że mógłby się czasem postarać i coś wymyślić, żebyśmy jak zwykle nie planowali Sylwestra w ostatnim tygodniu grudnia. No i się postarał. ;-)
Zarodek ma się dobrze i jest widoczny na USG, a ja coraz więcej wymiotuję, co ginekolożka skwitowała słowami: "To dobrze, ciąża działa". No i świetnie, niech działa, da się z tym żyć, byle mi się na mieście nie zdarzyło... Na razie z każdym dniem jest gorzej. Myślałam, że to tylko na filmach i w The Sims biega się do łazienki tak nagle, bez wcześniejszych symptomów.
A na bloga dochodzi suwaczek. Wszak ciążowy blog bez suwaczka jest jak płód bez pępowiny. ;-)
Buahaha, wkrótce będę bardzo bogata... :-) Ale po kolei.
Embrion zaliczył wczoraj swoją pierwszą imprezę, nie licząc tych sprzed testu. Zjadłam masę nachosów i uczyłam się tańczyć na trzeźwo. W trakcie imprezy narodził się szatański plan dania nauczki babci znajomych, która grzebie im w rzeczach - w torebce, w szufladach. W tym celu zrobiłam kolejny test ciążowy, który koleżanka zostawi w torebce i poczeka na reakcję. ;-)
Rano z kolei Dziad słuchając tej historii zasugerował przejście na produkcję hurtową. Pomyślcie tylko, jaki to by był hit na Prima Aprilis. Chcesz wkręcić rodziców, chłopaka, męża, babcię? Kup pozytywny test ciążowy i zostaw go w widocznym miejscu. Lub niewidocznym, jeśli masz taką babcię jak moi znajomi.
Niestety w kwietniu nie będę już w ciąży, ale w sumie mogłabym zacząć produkcję wcześniej. Jednak testy blakną. Hm, szczegóły są do rozważenia.
Wróciłem do domu i bardzo się ucieszyłem, ponieważ okazało się, że mój plemnik najprawdopodobniej wbił się w komórkę jajową. Naprawdę nie sądziłem, że takie rzeczy są możliwe na tym świecie. Inni się zapładniają, oczywiście, ale do moich możliwości podchodziłem zawsze krytycznie.
Ponieważ wiadomość sprawiła, że czułem się doskonale, zapomniałem zupełnie, jakie katusze cierpiałem zaledwie godzinę wcześniej, gdy pod brzemieniem odpowiedzialności udałem się do Praktikera. Od razu muszę dodać, że nie znoszę chodzić do dużych sklepów, nawet tych z majsterkowaniem, omijam je szerokim łukiem. Tego ranka pokłóciliśmy się jednak, gdyż jako osoba stereotypowo obarczona w związku przykrym obowiązkiem remontów (do których się nie nadaję) zobligowany byłem do przemalowania ściany. Robiliśmy przemeblowanie i po odsunięciu szafy okazało się, że jest tam stara plama po pleśni, o której zupełnie zapomniałem, świadectwo dawno stoczonej walki, która teraz miała znaleźć się dokładnie za wezgłowiem naszego łóżka. Na dworze było ciepło, ja lubię tylko jesień i zimę, i na myśl o spacerze zakończonym przebijaniem się przez tłumy poszukiwaczy śrubek i pędzli, zrobiło mi się słabo. Użyłem więc argumentu finansowego, a że było to w okolicach trzydziestego, argument wydawał się przekonujący. Baba odbiła piłeczkę, twierdząc, że ściana śmierdzi; zacząłem tę ścianę namiętnie wąchać i naprawdę niczego nie wyczułem.
Po krótkiej wymianie zdań zapadała dołująca cisza i wtedy zobaczyłem w oczach mojej ukochanej jakaś taką rezygnację, jakby zawód życiem i poczucie bezsensu istnienia. Baba ma raczej wybuchowy temperament i zwykle podczas wymiany zdań nie tylko nie składa tak wcześnie broni, ale jeszcze wali drzwiami w futrynę lub wyrzuca tosty na moja głowę. Ów niepokojący spokój zadziałał na mnie zaskakująco stymulująco i pomyślałem sobie, że w imię szeroko pojętego humanitaryzmu pójdę jednak po tę farbę i przemaluję tę ścianę. Co też zrobiłem, nie muszę dodawać, cierpiąc w upale, cierpiąc w tłumach amatorów remontów i wydając resztki naszych skromnych funduszy.
W międzyczasie zostało oficjalnie potwierdzone, że nie tylko potrafię zająć się domem, ale również mam dar do płodzenia zarodków.
P. S. W krótkim sprostowaniu do poprzedniego posta chciałbym nadmienić, że gotuję więcej niż baba.
"Cały twój organizm reaguje na obecność tej małej istotki w twoim brzuchu, a szczególnie domek dziecka – macica" – czytam na portalu dla rodziców. Aaa! Czy to jest pisane dla ciężarnych nieletnich? Czy ktoś może mi polecić jakąś książkę lub stronę internetową o ciąży pozbawioną słodkiego pierdolenia?
Czytam właśnie książkę o ciąży, która jest w miarę OK. Przeszkadzają mi głównie dwie rzeczy. Po pierwsze lekkie ściemnianie, zbyt pozytywne przedstawianie pewnych rzeczy, na przykład:
„Słyszałam, że karmienie męczy niektóre kobiety. Czy to prawda? Karmienie piersią dziecka nie powoduje jakiegoś szczególnego zmęczenia, poza pewnymi wyjątkowymi wypadkami: na przykład kiedy matka źle się odżywia albo nie odpręża się w trakcie karmienia. Wręcz przeciwnie, kiedy kobieta karmi piersią, jej organizm wydziela endorfinę – „hormon szczęścia", która przynosi spokój i ukojenie."
Hm, jednym przynosi spokój, innym nie przynosi, po co ściemniać, sugerować, że będzie idealnie i przerzucać winę na kobietę, jeśli jednak nie będzie tak super?
Druga rzecz, która mnie drażni, to podejście do ojców, którzy traktowani są jak jakieś święte krowy. Otóż poród jest bardzo trudny dla mężczyzny, więc dobrze, jeśli na oddziale będą z przyjacielem, mogą wtedy wyjść z sali porodowej i pójść z kolegą na coś mocniejszego, to poprawi im samopoczucie. Genialny pomysł. Zwłaszcza, jeśli wystąpi sytuacja awaryjna, w której trzeba podjąć jakąś ważną decyzję, ojciec pod wpływem będzie tu jak znalazł. Zanim jednak ojciec dotrwa do porodu, podczas którego może się napić, czeka go jeszcze ciąża. A to niełatwy czas. Nadchodzi konieczność... włączenia się w obowiązki domowe, czyli tzw. pomagania.
„W końcowym okresie ciąży, kiedy trudno Ci będzie wykonywać pewne prace, docenisz to, że partner pomaga przygotowywać pokój dziecinny, że częściej robi zakupy (...)"
To pomaganie ma chyba jednak wymiar symboliczny, bo główną radą dla kobiet i tak pozostaje zatrudnienie pomocy domowej. Nic dziwnego. Jak czytamy w rozdziale skierowanym do mężczyzn:
„Przejmiesz część obowiązków domowych i innych, którym partnerka sama nie będzie mogą sprostać. Takie daleko idące zmiany u wielu mężczyzn mogą wywołać strach."
Naprawdę strach budzi perspektywa włączenia się w domowe obowiązki? I dlaczego właściwie ma to nadejść tylko z powodu ciąży? Zastanawiam się, czy ja żyję w jakimś getcie, w którym faceci zajmują się swoimi mieszkaniami i dziećmi, że takie teksty to dla mnie czysta abstrakcja? Może tak, bo pamiętam komentarze rozczulonych kobiet pod wpisami na blogu „Dziennik ciężarowca", że zazdroszczą tak wspaniałego faceta itd. A mnie niektóre wpisy strasznie irytowały, np.:
"- W czwartek robiłem kolację – mówię do przyjaciela. – Wiesz, Kaśka powiedziała, że powinienem nauczyć się gotować. Rozumiesz? Chodzi o to, że jak ten brzuch już będzie taki wielki, że ona nie będzie mogła się ruszać, no i potem urodzi się dziecko, i ona nie będzie miała czasu, no jednym słowem chodzi o to, żebym ja też potrafił coś do jedzenia zrobić. I to nie tylko jajecznicę czy parówki."
Jaka duma z siebie, że w wieku 32 lat nauczy się gotować, śmieszne.
W związkach niby nie tak tradycyjnych z pracami domowymi bywa różnie, wiadomo. Fajnie pisze o tym Aotahi. A jak to jest u nas? Generalnie chyba równo, aczkolwiek nie dzielimy wszystkiego na pół. Ja rzadko wyrzucam śmieci, nie opłacam rachunków i nie myję okien. Częściej piorę. Prasuje każdy sobie na bieżąco, to co akurat ubiera, w szafie są niewyprasowane rzeczy. Ja je tam chowam z reguły, inaczej zalegają. Gotujemy i sprzątamy mniej więcej na zmianę. Czyli jest OK. Przeszkadza mi tylko kilka rzeczy. Generalnie są drobne, ale irytują, bo zwracałam na nie uwagę setki razy i nie przyniosło to żadnych rezultatów.
Pierwsza rzecz to pranie. Niestety Dziad zmarnował mi trochę ciuchów. Po każdej wpadce mówiłam, czego nie należy robić, ale powstało z tego za dużo zasad cząstkowych. Nie mogłam też wszystkich zasad przewidzieć z góry, bo nie wpadłabym na to, że pewne rzeczy można zrobić. Te zasady to na przykład: push-upów z elastanem nie pierze się w pralce, a na pewno nie w wysokiej temperaturze, bo się kurczą. Indyjskich kolorowych szali nie pierze się z jasnymi rzeczami, bo farbują. Białej bielizny nie pierze się z czarnymi ubraniami, bo robi się szarawa. Rajstopy pierze się w worku do prania, bo mogą się podrzeć. Ostatnio zamiast tych wszystkich zasad pojawiła się jedna – swoje ubrania piorę sama (co bynajmniej nie jest równoznaczne z tym, że każdy pierze tylko swoje...)
Druga niewyuczalna rzecz to układanie naczyń po zmywaniu. Z reguły zastaję dwie niespodzianki. Albo nadziewam rękę na krótkie ostre nożyki ukryte wśród dłuższych sztućców, wkładane do ociekacza ostrzem do góry. Albo łapię w locie naczynia ustawione w piramidkę lub w inny ciekawy sposób (np. mała miska pod dużą nieprzezroczystą, bierzesz dużą, mała spada). Drażni mnie to, bo suszarka do naczyń wisi tuż obok płyty ceramicznej i taka patelnia czy ciężka miska spadająca z piramidki może ją rozbić. A wystarczyłoby duże rzeczy zostawiać na ociekaczu przy zlewie lub położyć je płasko na suszarce i nie kłaść na nich niczego.
Tak, te rzeczy mnie drażnią. Ale to pierdoły w porównaniu z wizją faceta rodem z książek o ciąży. I tego się trzymam.
Przestałam się nastawiać i wszystko wyliczać, bo nie chciałam się kolejny raz rozczarować. Okres spóźniał mi się kilka dni, ale ponieważ bolał mnie brzuch sądziłam, że nadchodzi. Chyba jednak to, co brałam za objawy PMS, było objawami ciążowymi. W końcu rano kupiłam test i zrobiłam go dopiero po kilku godzinach, sądząc, że raczej kolejny raz nic nie będzie (tak bardziej dla pewności, czy mogę się alkoholizować w długi weekend). Test zostawiłam w łazience, nie obserwowałam w napięciu pojawiających się kresek. Zajęłam się czymś innym. Po jakimś czasie podeszłam i... niespodzianka. Druga kreska była blada i usiłowałam przeczytać na ulotce, czy to aby na pewno oznacza wynik pozytywny, ale nie mogłam się skoncentrować, nic do mnie nie docierało. Poszłam więc po drugi test, na nim kreska była już wyraźniejsza. Dziada nie było w domu, ale nie zadzwoniłam do niego, bo chyba niefajnie by było dowiedzieć się przez telefon.
Wcześniej planowaliśmy, że nie powiemy rodzicom do końca trzeciego miesiąca. Jak test wyszedł stwierdziliśmy, że nie powiemy przynajmniej do badania. No ale nie wytrzymałam. Stwierdziłam, że jeśli się okaże, że coś jest nie tak z ciążą, np. okaże się ciążą pozamaciczną, to wolę mieć wsparcie rodziny i najbliższych znajomych, a nie ukrywać przed nimi leczenie. Poza tym stwierdziłam, że i tak rodzice i teściowie szybko się sami domyślą, bo z reguły przy spotkaniach proponują wino, a ja nigdy nie odmawiam. Cóż, brak wina to będzie wyzwanie, ale znalazłam w necie coś takiego. Jeśli ktoś próbował, podzielcie się proszę opiniami jak to smakuje.
Mimo, że na razie powiedzieliśmy tylko kilku najbliższym osobom, już zdążyłam się dowiedzieć, czego nie mogę jeść, co muszę jeść, czego nie mogę robić (dźwigać, malować teraz mieszkania - farba na pewno mi zaszkodzi). A to dopiero początek! Do listy wydatków dojdzie chyba kurs asertywności.
Dwie kreski. :-)

Czy wspominałam już, że nie rozumiem "Wysokich Obcasów"? Najpierw straszą matkami i ciężarnymi wykorzystującymi pracodawców i współpracowników, a w najnowszym numerze trafia się takie coś:

Co jest nie tak na tym obrazku? Przyjrzyjcie się podpisowi:

Żart nie wyłapany w porę przez korektę? Ironia? Pogodzenie się ze "smutną rzeczywistością", w której złe kobiety od samego początku budują karierę na kłamstwie? Nie wiem jak to rozumieć.
Może jednak warto iść na całość i ubrać się w coś takiego jak poniżej. Jestem pewna, że dobrze ukryje nawet późną ciążę.

Issey Miyake, designer, Minaret dress, Powerhouse Museum
Ja tymczasem nadal nie mam po co oszukiwać potencjalnych pracodawców. Podejrzana to prolaktyna, więc zrobiłam test po obciążeniu MTC i czekam na wyniki.